...jednolicie...

Właśnie poczytałam sobie znalezione na TT opracowanie z 2012r. autorstwa Józefa Płoskłonki, radcy prezesa NIK, pt. "Jak działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność?" Mowa w nim jest m. in. o kontroli zarządczej i o kontrolach NIK co do jej funkcjonowania, ale można to uznać za coś w rodzaju ogólnej, dość zwięzłej diagnozy działania administracji. Wnioski nasuwają się same: po pierwsze, kontrola zarządcza jako narzędzie wspomagające zarządzanie w owym czasie była bardzo słabo rozumiana, na każdym szczeblu. Po drugie: mimo upływu czterech lat niemal nic się nie zmieniło w tym zakresie.
Czytamy tam np.:
Działania w ramach systemu kontroli zarządczej powinny być zawsze dostosowane do specyficznych potrzeb – odpowiednio - jednostki, działu administracji rządowej lub jednostki samorządu terytorialnego.
Jak do tego ma się ujednolicanie?
Ano tak samo jak jeden rozmiar mundurka na żabę i na słonia...
W ocenie funkcjonowania kontroli zarządczej w informacji o wynikach kontroli NIK wskazuje:
„ Na obecnym etapie organizacji i wykonywania poszczególnych działań w ramach systemu kontroli zarządczej nie zostały spełnione założenia i oczekiwania co do poprawy jakości i skuteczności zarządzania w jednostkach administracji publicznej. Stworzony system kontroli zarządczej koncentrował się głównie na formalnych aspektach, a generowane w tym systemie informacje nie były wykorzystywane do bieżącego zarządzania. Rozbudowane wymogi składania corocznych oświadczeń o stanie kontroli zarządczej przez kierowników jednostek oraz obszerne dokumentowanie samooceny prowadziło do zbiurokratyzowania całego procesu i w efekcie często do osłabienia jego skuteczności.”
Nie jestem i nigdy nie byłam osobą decyzyjną. Z kontrolą zarządczą jednak miałam do czynienia od samego początku, odkąd tylko pojawiła się w naszej administracji. I od samego początku, cytując niejakiego Grzegorza Halamę:
"ja wiedziałam, że tak będzie..."*
. Ponieważ administracja publiczna - nie tylko nasza - ma skłonność do skupiania się na formie, a nie na treści. i gdzieś przy tym wszystkim umyka efektywność. Zresztą, jedną z podstawowych dysfunkcji biurokracji jest przecież
skupianie się przez organizację na własnym funkcjonowaniu, zamiast na świadczeniu usług**
Bez względu na to, czego dotyczy problem musi być opakowany w tony papieru. Inaczej po prostu nie umiemy (w sensie my jako administracja, niezależnie od jednostek które mają reakcje alergiczne na papier. Te jednostki mogą jedynie cierpieć w milczeniu, ewentualnie walić głową w mur, jak np. ja). Bywa i tak, że w zasadzie jest to sam papier, który ukrywa tylko to, że niczego nie opakowuje.
W środku jest pustka, przykryta masą nic nie znaczących słów.
Dlaczego o tym w ogóle dzisiaj piszę?
W piątek na stronie DGP red. Radwan pisze o pracach nad nowym kodeksem urzędniczym, który ma być wspólny dla administracji rządowej, samorządowej i osób zatrudnionych na podstawie ustawy o pracownikach urzędów państwowych. Tu też pada słowo: "ujednolicanie" - w kontekście zatrudniania i wynagrodzeń. Mowa jest znów o planach likwidacji trzynastki. O tych planowanych zmianach pisałam jakiś czas temu, TUTAJ - i nadal podtrzymuję swoje zdanie.
Obiecuję Wam, że sama zasięgnę informacji na ten temat, bez pośrednictwa red. R.
Tak czy inaczej, jakiekolwiek zmiany nastąpią i tak - może w innym kształcie - ale wciąż będziemy w tym samym miejscu jeśli chodzi o skuteczność czy efektywność. Swego czasu widziałam na własne oczy ogłoszenie o konkursie na zmniejszenie zbiurokratyzowania wewnętrznych uregulowań. Warunkiem udziału w konkursie było przedstawienie projektu zarządzenia lub instrukcji. Tak, wiem, skąd się bierze wewnętrzne prawo. Niemniej do tej pory mnie to bawi. I chodzi za mną jedno słowo:
homeopatia
-----------------------------------------------------------------------------
*i uprzedzałam. Na przykład w tym wątku na forum.
** Barbara Szacka: Wprowadzenie do socjologii. Warszawa: Oficyna Naukowa, 2003, s. 212-214. ISBN 83-88164-66-X