...jeszcze o wartościowaniu

Jak to zmieścić w trzech zadaniach, skoro praktycznie każde z nich wymaga specjalistycznych w danej dziedzinie kwalifikacji? No i przede wszystkim po czwarte: jeśli chodzi o komórki analiz i planowania mimo podstawowego, takiego samego trzonu to tak naprawdę w różnych urzędach te komórki mają nadal różne zakresy zadań. Bo jest trochę zadań nie wskazanych w ujednoliconym regulaminie które ktoś musi wykonać. Różnie to jest w różnych jednostkach tego samego resortu rozdzielane. No i - z punktu widzenia wybierania danych - w takiej jednostce jak moja (pod względem wielkości bazy danych) wybieranie czegokolwiek ręcznie niezwykle rzadko jest możliwe. W obecnie obowiązującym opisie stanowiska pracy, o ile pamiętam, jest w którymś miejscu pytanie, ile osób wykonuje takie same zadania. Ale brakuje mi informacji, ile osób posiada wystarczające kwalifikację/ wiedzę i uprawnienia (piszę o analitykach, więc i o uprawnieniach dostępu do bazy - a bywa z tym w różnych jednostkach różnie) żeby pewne zadania wykonywać. Może to i mrówcza praca, mało widoczna i niespecjalnie zauważana (póki wszystko działa; czasem - stosunkowo rzadko - nawet ktoś powie "dziękuję"). Pytanie, jaki wpływ na pracę całej jednostki (rodzimej i wyższych) miałaby nagła nieobecność, powiedzmy przez kilka- kilkanaście tygodni, tych kilku osób? Tzn. (nie chodzi mi o jakiś katastrofizm, tfu, tfu... to jest rozważanie teoretyczne) ile osób w jednostce i jak szybko jest w stanie posiąść ich wiedzę specjalistyczną żeby je w pełni zastąpić?
Mam wrażenie, że o tym się jakoś rzadko pamięta w procesie wartościowania. I tu zacytuję Pratchetta:
Jak ktoś dobrze kopie rowy, to mu dają większą łopatę
Znam takie sytuacje, kiedy ktoś wykończony tym kopaniem powiedział "pa, pa" i zniknął. I nagle okazało się, że nikt pojedynczo jakoś nie jest w stanie ogarnąć tego wszystkiego co robiła ta jedna osoba i zatrudniano na jej miejsce dwie. A nawet trzy. Płacąc w sumie więcej niż płacono tej jednej.
Może więc po prostu należałoby przydzielić punkty nie tyle stanowiskom pracy co zadaniom. A potem te stanowiska "budować" z punktów zadań, jak z klocków? Niech inną wartość ma analiza raportu który się dostanie gotowy od kogoś, a inną - analiza poprzedzona własnoręcznym (i "własnogłownym") zbudowaniem takiego raportu. Bo w takim przypadku nie tylko wiem, co chcę uzyskać, ale i technicznie umiem to zrobić. A żeby technicznie umieć to zrobić, to jeszcze oprócz rozmaitych trudnych słów, funkcji i wyrażeń muszę dobrze znać bazę danych na której pracuję i narzędzia z których korzystam. Nie mówiąc o przyczynach i skutkach (czyli wiedzy stricte merytorycznej, tj. dlaczego wybór takich a takich danych według tych czy tamtych kryteriów ma mi dać to, co spodziewam się uzyskać).
To tylko przykład, nie autoreklama. Piszę o analizach, bo pracuję w tym na co dzień i tak mi łatwiej. Jestem pewna, że większość z Was potrafi znaleźć takie analogie w pracy którą wykonujecie.
Ujednolicanie papierologii (bo i tak do tego się to sprowadzi, nie myślcie, że nikt nie będzie wykonywał zadań których w papierach nie będzie) kojarzy mi się z tym brodatym dowcipem:
Pewien wynalazca wymyślił automat do golenia:
- Wkładamy głowę w otwór. Automat natryskuje pianę a potem zespół wirujących brzytew przysuwa się i goli...
- Moment! Zaraz! przecież każdy ma inne rysy twarzy!
- Tak, ale tylko do pierwszego golenia...